Strefa czasowa UTC+1godz.


Dzisiaj jest 19 lut 2018, 20:29



Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 7 ] 
Autor Wiadomość
 Tytuł: Mityczne krainy
Post: 26 sty 2012, 20:47 
Srebrny Rycerz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 01 wrz 2010, 06:15
Posty: 1156
Lokalizacja: Hanysowo
Jeżeli są miejsca gdzie mogą żyć mityczne stwory to na pewno do nich mogą zaliczać się mityczne krainy.

Lemuria

Lemuria utożsamiana i zwana również kontynentem MU - hipotetyczny zatopiony kontynent na Oceanie Indyjskim, nazwany tak przez Philipa Sclatera, wskazywany przez XIX-wiecznych darwinistów w celu wyjaśnienia izolacji lemurów na Madagaskarze i występowania skamieniałości ich przodków w Afryce i południowo-wschodniej Azji. Ernst Haeckel, niemiecki darwinista, użył teorii o istnieniu Lemurii dla wyjaśnienia braku skamieniałości "brakującego ogniwa" między ludźmi a małpami, twierdząc że znajdują się one pod morzem.
Lemuria była połączona z Gondwaną i Australis (podział ten odnosi się do wczesnego okresu jurajskiego) oraz z obecnymi południowymi Indiami. Podczas jednak gdy Indie zniknęły w głębinie morza światowego, wyłoniła się Lemuria, tworząc kontynent, który rozciągał się od Madagaskaru do Malediwów. Później miała się Lemuria jeszcze bardziej powiększyć i powstało na niej ogromne państwo. Druga część Gondwany stała się Ameryką Południową. I tutaj trzeba powiedzieć o czymś wielce interesującym: pomniki cywilizacji, która dawno temu uległa zagładzie, nazywane są MU od licznych znaków, nadal istniejących a wyrytych w glinie i kamieniu. Owe znaki przypominają te nieliczne ślady, jakie pozostały po Lemurii.
Cywilizacja stworzona przez mieszkańców Lemurii również uległa zagładzie, a pierwsi Atlantydzi uważani są za Lemurian, których bardziej zaawansowana sfera psychiczna umożliwiała gwałtowny rozwój ewolucyjny i w jego konsekwencji przyspieszenie wszystkich form życia na planecie. Osobiście spotkałem się również z teorią, iż mieszkańcy Lemurii, a po nich również Atlantydzi, posiadali znaczną wiedzę naukową, zwłaszcza w dziedzinach takich, jak mechanika, chemia, fizyka i psychologia, Znana im była elektryczność i energia atomowa, potrafili posługiwać się laserami i innymi źródłami spójnych wiązek światła. Do ich największych osiągnięć badacze zaliczają wykorzystanie energii słonecznej, znali olbrzymie odbijające światło kryształy. Największy z nich przechowywano w Świątyni Słońca. Kult Słońca i Światła pojawia się w większości teorii na temat zaginionej cywilizacji. Wiele z nich mówi też o posiadających magiczną siłę kryształach.

Obrazek

Treść: na podstawie książki Hans-Dieter Leuenberger - „Co to jest ezoteryka; pradawna wiedza dla rozwoju ludzkości”

Rozwój i upadek Lemurii nie jest nigdzie dokumentowany. Nie zachowały się żadne zapiski ani inne świadectwa, które mówiły by, że ten ląd naprawdę istniał. Naukowcy przypuszczali już od dłuższego czasu, że musiał istnieć jeszcze inny ląd na długo przed Atlantydą.

Lemuria zwana również Pacyfika, MU i jak nazywał ją Cayce Zu lub Oz nie była podobna do Atlantydy. Przypuszcza się, że ciągle na Ziemi są miejsca, pozostałości po tym wielkim kontynencie. Wiele wysp na Pacyfiku np. Wielka Wyspa Hawaje i Wyspy Wielkanocne są przypisywane Ziemi MU. Wierzy w to wielu naukowców. Na Wyspach Wielkanocnych jest zastanawiające skąd tam się wzięły kolosalne kamienne postacie. Maorysi w Nowej Zelandii ciągle wspominają, że dawno temu była zatopiona wyspa zwana Hawaiki. Jest wiele dat w czasie, które przypisuje się istnieniu Lemurii, od 75 000 lat do 20 000 przed Atlantydą. Są też przypuszczenia, że lemurianie i atlantowie kontaktowali się z sobą w pewnym okresie ich wspólnego istnienia.

O Lemuri pisała H. P. Błavacki. Dokładnie opisała wiele sekretnych symboli z ziemi MU. Jeszcze przed nią wspominał Ziemię MU Augustus Le Plondeon (1826 - 1908), naukowiec badający kulturę Majów na Jukatanie. Po przetłumaczeniu tekstów Majów znalezionych w starych ruinach na półwyspie Jukatan było oczywiste, że przed kulturą Atlantydy i starożytnego Egiptu istniała inna ziemia, ale badacz uważał je za bajki, mówiły o starym kontynencie zwanym MU.

H.P. Błavacki w roku !880 wydała książkę "Book of Dzyon", komplet kosmologii, opisuje siedem ras człowieka. W swojej książce ukazuje światu po raz pierwszy Lemurię i jej mieszkańców - trzecią rasę ludzi na Ziemi. Opisuje ich jako istoty bardzo wysokiego wzrostu, hermophrodite (posiadający oba, męski i żeński system rozrodczy, w jednym ciele produkują jaja i spermę, podobnie jak wiele roślin i niektóre z niższej grupy zwierzęta). Mentalnie nie byli zbyt mocno rozwinięci ale za to bardziej czyści spirytualnie.

H.P. Błavacki podała również, jaki był powód zatonięcia Lemuri. Pewna grupa lemurian rozpoczęła praktyki seksualne ze zwierzętami. Lemuria została zatopiona, a w to miejsce zaczęła powstawać nowa czwarta rasa ludzi, byli to atlantowie.

W roku 1894 Frederic Spencer Olivier w książce " A Dweller Two Planet" pisze o zatopieniu kontynentu Lemuri i wspomina Mount Shasta w Kaliforni jakoby była pozostałością po tym starym lądzie. Podobne informacje są przekazywane przez inne już całe grupy, między innymi:Church Universal and Triumphant, The Tample of the Presence, The Heatrs Center, którzy powtarzają je za Wniebowstąpionymi Mistrzami.

Oprócz Lemuri jest także wspominana nazwa Kumari Kandam - Królestwo w południowej Indii, cywilizacja istniejąca ok 50 000 lat temu. Trudno dzisiaj określić czy była to cywilizacja z Lemuri czy żyła równocześnie w tym samym czasie.

Tyle nauka ... a co mówią mistycy?

Mistyczne źródła donoszą, że rasa lemuriańska była mieszanką głównie z Syriusza, Alpha Centauri i mniejsza ilość z innych jeszcze planet. Wszystkie te rasy zmieszały się razem na Ziemi w okresie formowania się cywilizacji Mu.

Lemuria jest przedstawiana jako rajska i magiczna kraina, na której przez długi czas ludzie nie znali większych trosk. 25 000 lat temu Lemuria i Atlantyda były dwoma największymi cywilizacjami na Ziemi. Wałczyły nawzajem o własne poglądy. Obie cywilizacje miały bardzo różne ideały. Lemurianie wierzyli, że inne mniej rozwinięte kultury powinny odejść w samotność aby kontynuować ich własną ewolucję, we własnej ciszy, żeby mogli lepiej zrozumieć własną drogę życia. Atlantowie wierzyli, że mniej rozwinięte kultury powinny być kontrolowani przez dwie bardziej rozwinięte cywilizacje. Ta różnica poglądów spowodowała serię termonuklearnych wojen pomiędzy Atlantydą i Lemurią.

Kiedy wojny wygasły i opadły wojenne kurze nie było zwycięzcy. Podczas tych wojen ludzie, wysoko zaawansowani cofnęli się na zupełnie niski stopień rozwoju. Zarówno Atlantyda jak i Lemuria byli ofiarami swojej agresji i mocno osłabili oba kontynenty.

W czasie Lemurii Kalifornia była częścią ich lądu. W okolicy Mount Shasta wznieśli dużą swoją kulturę i wybudowali potężne miasto - Telos. Rozciągało się na bardzo wielkim terenie, nie tylko w okolicy Mount Shasta, ale wzdłuż całego dzisiejszego zachodniego wybrzeża Ameryki Północnej, sięgało aż do Brytyjskiej Kolumbii. Telos znaczy: komunikacja z duszą, jedność z duszą i zrozumienie duszy.

Lemuria uchodzi za macierzysty ląd człowieka. Zatonęła bardzo szybko w ciągu jednej nocy. Wszyscy spali i nawet nie spostrzegli, co się stało.

Lord Himalaja - Wniebowstąpiony Mistrz, w roku 1959 przez Geraldine Innocenti przekazał informacje o Lemuri i jej zniknięciu. Zanim zatonęła kapłani i kapłanki z Świątyni przestrzegali przed nadciągającym kataklizmem. Wiele świętych rzeczy i Święty Ogień zdążyli przenieść do Telos. Udało im się też ewakuować w bezpieczne miejsca dużo osób.

Święty Ogień został również przesłany na kontynent Atlantydy, umieszczono go w specjalnych miejscach i zabezpieczono na długi czas aby mógł służyć do celów spirytualnych.

Przed samym zatonięciem Lemurii, kapłani i kapłanki powrócili w te miejsca, które miały zniknąć aby pomóc ludziom w tej ciężkiej chwili, aby nie było w nich lęków i obaw. Dużo swojej pracy wykonywali za pomocą energii, otulali ciała ludzi własną aurą aby ocalić ich ciała emocjonalne.

Lord Himalaja w swoim przekazie zatytułowanym " Most Wolności" z roku 1959 mówi:

"...Wielu członków z duchowieństwa utworzyło małe strategiczne grupy w różnych regionach. Modlili sie i śpiewali aby uleczyć emocjonalne rany w ciałach eterycznych i ocalić pamięć, która została zakodowana w komórkach. Podczas tej akcji i poświęcenia kapłani wybrali aby pozostać razem z grupami i do samego końca. Wspierali ludzi pełnych obaw. Modlili się dotąd aż fale wody wypełniły im usta. Podczas ich modlitw ludzie posnęli, woda przykryła ich nagle. Rano było już niebieskie niebo, wszystko się skończyło. Lemuria spoczęła na dnie Pacyfiku. Nikt z kapłanów nie uciekł, ani nikt z nich nie obawiał się. Lemuria odeszła dostojnie..."

W tym samym czasie kiedy odchodziła Lemuria zaczęła też tonąc Atlantyda. Szybko traciła znaczne części swojego lądu. Ten proces trwał ok 200 lat aż w końcu Atlantyda kompletnie zatonęła.

Oba te kontynenty były już pod wodą. Pozostały małe wyspy i ludzie mieszkający na nich ciągle pamiętali te wydarzenia jak również wojny nuklearne. Długo trwało zanim wyleczyli swoje emocjonalne rany. Po zatonięciu obu tych kontynentów zmieniła się na Ziemi drastycznie atmosfera. Nastąpiło wielkie oziębienie, brakowało na niebie słońca, ciągle atmosfera była skażona. Na Ziemi rosło bardzo mało roślin i nie było wystarczająco pożywienia. Znikła duża ilość zwierząt.

Tekst: Zakryte zagadki
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 31 sty 2012, 18:59 
Srebrny Rycerz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 01 wrz 2010, 06:15
Posty: 1156
Lokalizacja: Hanysowo
MU

Mu – kraina mityczna, jeden z tzw. zaginionych lądów. Według przekazów i różnych autorów kontynent (ew. część stałego lądu lub wyspa) Mu znajdować się miał na Pacyfiku lub między Australią a Indiami. Żadna z tych lokalizacji (podobnie jak możliwość istnienia w nieodległej przeszłości geologicznej rozległych lądów pochłoniętych przez oceany, z wyjątkiem szelfu) nie znajduje potwierdzenia geologicznego ani archeologicznego.

Zwolennicy kontynentu MU nie zgadzają się z tezą że MU i Lemuria są tą samą krainą. Twierdzą, że Lemuria była umiejscowiona na Oceanie Indyjskim a kontynent MU na Pacyfiku.

Zaginiony kontynent Mu zaistniał dzięki urodzonemu w 1851 r. Brytyjczykowi, pułkownikowi Jamesowi Churchwardowi. Ten emerytowany wyższy oficer lansjerów bengalskich opublikował w 1926 r. książkę pt. „The Lost Continent of Mu”. Potem ukazały się jego kolejne prace o zaginionym kontynencie i pradawnej cywilizacji.
Churchward do swej śmierci w 1936 r. utrzymywał, że wiedzę o Mu przekazali mu mnisi hinduscy. Pułkownik w tajemniczej świątyni na pograniczu Indii i Tybetu miał ujrzeć kamienne tablice, na których, zapomnianym już pismem, wyryto historię Mu. Churchward odcyfrował ich treść dzięki przekazowi płynącemu bezpośrednio do jego umysłu – za pomocą channelingu, jak dziś by to określono.
Według Churchwarda, właśnie na Mu przed 50 milionami lat miała powstać ludzkość. Kontynent ten rozciągał się na obszarze dzisiejszej Polinezji, a 12 tys. lat temu pochłonął go ocean.
Legenda Mu nie umarła wraz z pułkownikiem. W 1945 r. Amerykanin Richard Shaver opublikował artykuł, w którym połączył Mu pułkownika Churchwarda z Lemurią Steinera i Bławatskiej. Shaver dowodził, że w jednej z jaskiń w Azji odkrył teksty pisane tajemniczymi znakami. Według Shavera, od symboli tych pochodzą znaki używane we wszystkich systemach pisma. Tajemnicze teksty, jak twierdził Amerykanin, mówiły o dziejach Lemurii, imperium położonego na kontynencie Mu. Potęgę tę zniszczył straszliwy kataklizm.
Jednak oprócz Shavera nikt do tajemniczej jaskini nie dotarł i inskrypcji nie widział.

Obrazek

Tekst: Zaginione kontynenty
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 09 mar 2012, 09:54 
Srebrny Rycerz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 01 wrz 2010, 06:15
Posty: 1156
Lokalizacja: Hanysowo
Wineta

Wineta - mityczna kraina zwana również Bałtycką Atlantydą.
Ponoć prowadziło doń aż dwanaście pokrytych spiżem bram. Zamieszkiwały w niej liczne ludy: Grecy, Sasi, a przede wszystkim Słowianie… Według jednej z legend pochłonęły ją fale Bałtyku. W myśl innej – padła łupem przybyłych morzem najeźdźców.
Wineta – bo o niej właśnie mowa – nie zyskała co prawda sławy platońskiej Atlantydy, niemniej wciąż wzbudza emocje wśród wielbicieli zarówno Słowiańszczyzny, jak i wszelkich zagadek przeszłości.
Podobnie jak w przypadku mitycznego lądu opisanego przez ateńskiego filozofa, również pierwotny przekaz na temat Winety znany jest za sprawą jednego tylko autora. Był nim cieszący się opinią rzetelnego kronikarza Adam z Bremy (żyjący mniej więcej pomiędzy rokiem 1040 a 1080), autor Gesta Hammaburgensis ecclesiae pontificum (Czyny biskupów hamburskiego Kościoła). Opisał on „przesławne miasto Jumne” (czyli właśnie Winetę), rozległy port usytuowany ponoć w pobliżu ujścia Odry. Swymi rozmiarami ów gród miał dorównywać ówczesnemu Stralsundowi, a być może nawet Lubece, już wówczas szczycącej się rozległą siecią kontaktów handlowych. Do rangi ewenementu na skalę nie tylko Morza Bałtyckiego wypada zaliczyć wznoszący się w Winecie „garniec Wulkana” zasilany „ogniem greckim”. Terminem tym kościelny historyk określił prawdopodobnie tamtejszą latarnię morską. Jeśli tak było istotnie, obecność tego typu obiektu świadczy zarówno o zasobności, jak i technicznych możliwościach mieszkańców legendarnego grodu.
Jak wyżej wspomniano, przeważała w nim ludność słowiańska, w dużej mierze rekrutująca się spośród plemion wieleckich/lucickich, dominujących w tym rejonie Słowiańszczyzny. Ów, uchodzący za najważniejszy, ośrodek bałtyckiego handlu (deklasując tym samym nie tak znowuż odległą Arkonę na wyspie Rugia) przyciągał ponoć wszystkie nacje tej strefy cywilizacyjnej – począwszy od handlarzy rodem z Kordoby, a na Waregach skończywszy. Kwitła wymiana towarów z wszelkich zakątków świata. Produkty leśne, broń, luksusowe wytwory rzemiosła artystycznego, a nade wszystko niewolnicy – krótko mówiąc, wszystko, co mogło znaleźć skorego do zapłacenia nabywcę. Nic zatem dziwnego, że interes się kręcił, a mieszkańcy nadmorskiego grodu słynęli z niewyobrażalnego wręcz bogactwa. Adam z Bremy określa Winetę mianem „największego z miast, jakie są w Europie”. Jeśli rzeczywiście istniała, stanowiła zapewne łakomy kąsek m.in. dla wprawionych w łupieskim procederze Duńczyków, tudzież budzących w pełni uzasadnioną grozę słowiańskich piratów. Można jednak mniemać, że znakomicie prosperujący właściciele tutejszych faktorii z pewnością dysponowali odpowiednimi funduszami, by w razie potrzeby opłacić biegłych w rzemiośle wojennym „specjalistów” bądź też w ostateczności przekupić potencjalnych najeźdźców. Zresztą tego typu punkt na bałtyckich szlakach z pewnością był dla wielu niezbędnym wręcz elementem tutejszej „ekonomii” – nie wyłączając amatorów morskiego zbójectwa. W końcu gdzieś trzeba było „upłynnić” zrabowany towar… Jak się jednak okazało, do czasu… O tym jednak w dalszej części tekstu.
W rozwikłaniu tej frapującej zagadki pomocny może okazać się sam Adam z Bremy, który nie szczędzi nam istotnych szczegółów związanych z tym tajemniczym grodem. Z usytuowanych przy ujściu rzeki Piany Dymin (swego czasu jednego ze znaczniejszych ośrodków Pomorza Zachodniego) rejs do Winety trwał trzy dni. Z kolei z Hamburga – siedem. Opis ten pozwolił wysnuć trzy teorie co do domniemanej lokalizacji miasta.
Według pierwszej znajdować się miało nieopodal współczesnej miejscowości Barth, gdzie być może w czasach autora Gesta Hammaburgensis… Piana miała swoje ujście. Druga teoria – pochodzącego ze Świnoujścia kronikarza W.F. Gadebusha zapisana przezeń w Kronice wyspy Uznam (właśnie tam usytuowany jest Barth) – przenosi nas w okolice miejscowości Koserow. Wspomniany historyk nie był gołosłowny i przytoczył kilka argumentów na rzecz swej tezy. Według niego kamienie z pobliskiej rafy (nomen omen zwanej „Winietą”) użyte do budowy falochronu zdradzały wyraźne ślady niegdysiejszej obróbki. Dziejopis podpiera się również przekazem Adama z Bremy, sytuującego Winetę nad „trzema morzami”. Gadebush tłumaczył tę okoliczność lokalizacją mitycznego portu na cyplu Damerow rozgraniczającym trzy akweny (m.in. Zatokę Uznamską). Jeszcze w początkach XX wieku z okolicznej wioski Loddin prowadziła stara ścieżka określana przez miejscowych jako „droga do Winety”.
W myśl trzeciej teorii Winetę utożsamia się z Wolinem, na co ma wskazywać podobieństwo jednej z wcześniejszych form nazwy grodu – „Yulin/Youlin” – z wymienianą przez Adama z Bremy „Jumne”. Wolin rzeczywiście był liczącym się ośrodkiem w regionie, a przy tym dysponował na tyle znacznym potencjałem militarnym, że przez pewien czas z powodzeniem stawiał odpór ekspansji Mieszka I. Zwolennikiem tezy o utożsamieniu Winety z Wolinem był m.in. Rudolf Virchow, wsławiony polemiką z Pasteurem niemiecki patolog, a zarazem jeden z pionierów antropologii. Udokumentowania tej tezy podjął się m.in. polski archeolog Władysław Filipowiak. Dodajmy, że nie bez sukcesów.
Licznych zwolenników ma również teza, w myśl której ów gród zwykło się utożsamiać ze znanym m.in. z trzynastowiecznej Jómsvikingasaga Jomsborgiem, osadą założoną u ujścia Odry z polecenia władcy Duńczyków, Haralda Sinozębego. Wieloetniczność jej mieszkańców (co zresztą było i jest standardem w niemal wszystkich miastach portowych) znajduje potwierdzenie w źródłach z epoki, zdradzając podobieństwo do przekazów o Winecie. Według niektórych źródeł również Jomsborg miał paść ofiarą morskiego żywiołu. Stąd wysiłki na rzecz utożsamienia tej miejscowości z Winetą wydają się naturalne. Niewykluczone również, że Jomsborg jest tożsamy z Woline
Wineta słynęła nie tylko z bogactw, ale też względnej tolerancji religijnej zapewniającej swobodę wyznania zarówno mieszkańcom legendarnego grodu, jak i przebywającym tu handlarzom. Jedynie schrystianizowanym Sasom zakazywano obnoszenia się z symbolami swej wiary, bowiem w czasach Adama z Bremy Połabie wciąż pozostawało enklawą pierwotnych kultów słowiańskich. Próbę chrystianizacji tych obszarów być może podejmowano już w czasach Karola Wielkiego, bo wiadomo, że przynajmniej część zamieszkujących tam plemion Obodrytów uznawało zwierzchność frankońskiego cesarza. Intensyfikacja akcji ewangelizacyjnej nastąpiła równolegle z terytorialną ekspansją kresowych marchii państwa wschodniofrankońskiego (czy jak kto woli – wczesnoniemieckiego). Jej przejawem było konsekrowanie metropolii kościelnej w Magdeburgu (968 rok), która odegrała ogromną rolę w opanowywaniu obszarów Połabia przez saskich osadników. Nie bez znaczenia było również utworzenie biskupstwa w pobliskim Kołobrzegu. Liczne powstania tamtejszych Słowian u schyłku X wieku (szczególnie krwawe w 983 roku, kiedy to Wieleci zdobyli Hawelberg i Brandenburg) doprowadziły do odzyskania niezawisłości przez słowiańskie plemiona, a przy okazji nawrotu tradycyjnych wierzeń. Katolicyzm wzbudzał zbyt silne skojarzenia z saską kolonizacją, jak również naporem wschodnich sąsiadów połabskich plemion – Polan rządzonych przez piastowskich książąt rodem z Gniezna. Nic zatem dziwnego, że mieszkańcy Winety z niechęcią odnosili się zarówno do przejawów chrześcijaństwa, jak i symboliki tej religii. Widać zbyt silnie tkwiła w nich niechęć wobec wiary utożsamianej z niemieckim ekspansjonizmem. Ów pogański wydźwięk legendy skwapliwie podchwycili średniowieczni kronikarze.
Legenda żyje własnym życiem.
Z kolei Tomasz Kantzow, uznawany za najwybitniejszego kronikarza Pomorza XVI wieku, napisał w latach 1538–1539 historię wspomnianego regionu. Dzieło to jest istotne również z tego względu, że zawiera relację z jego pobytu w okolicach miejscowości Dobrowy. Jeśli wierzyć temu świadectwu, to właśnie tam dziejopisarz natknął się na podwodne szczątki budowli dostrzegalne z brzegu morza. Symetryczne kształty widocznych kamieni zdawały się potwierdzać obserwacje. W tym, że ma do czynienia z zatopionym tworem ludzkiej działalności, utwierdziły go opowieści miejscowych rybaków, również przekonanych, że w głębinach spoczywają ruiny zniszczonego wskutek kataklizmu miasta. Swoją drogą już Gall Anonim wspominał przekazy o kosztownościach skrywanych u pomorskich wybrzeży. Być może był to przejaw lokalnego folkloru oraz wyolbrzymionych wieści o bogactwie Pomorza. Niewykluczone, że w tym przekazie tkwi jednak źródło legendarnych podań o pogrążonym w morskich głębinach grodzie. Opierający się zapewne na Helmoldzie (autorze Kroniki Słowian) dziejopis Bolesława Krzywoustego nie wspomina niestety wprost o Winecie, a tym samym nie może być pomocnym źródłem w rozwikłaniu tej zagadki.
Istnieje natomiast znacznie późniejszy – bo pochodzący z 1741 roku – przekaz o zatonięciu na tamtejszych wodach holenderskiego okrętu. Bezpośrednią przyczyną katastrofy miały być ponoć tkwiące w morskim dnie trzy alabastrowe kolumny, które rozpruły poszycie wspomnianej jednostki pływającej. Odnotowano również osobliwe zaburzenia igły magnetycznej. Co prawda przy wnikliwych oględzinach domniemane kolumny okazały się wapiennymi głazami. Mimo to fama o niezwykłości tej części bałtyckiego akwenu przetrwała na tyle długo, że w dobie romantyzmu (opartego w dużej mierze na odkrywaniu folklorów m.in. germańskiego i słowiańskiego) intrygujące przekazy, takie jak ten Adama z Bremy, wzbudzały żywe zainteresowanie. Nie dziwi zatem, że w roku 1827 tajemniczą rafę zwiedzał późniejszy król pruski (wówczas jeszcze jako następca tronu) Fryderyk Wilhelm IV, znany ze szczerej fascynacji przejawami kultury romantycznej. Wizyta okazała się dlań na tyle przekonująca, że przychylił się do prawdziwości legendy. Jak często w podobnych przypadkach bywa, również i tu opowieści snute przez miejscowych rybaków łatwo nabierały znamion niesamowitości. Nie brakło bowiem podań, według których nadprzyrodzona moc podwodnych ruin (w tym zwłaszcza osławionych spiżowych bram) wciągała w morskie odmęty marynarzy z pokładów żeglujących w pobliżu statków. A stąd już tylko krok do twierdzeń o przejawach obecności duchów snujących się pośród ruin zatopionego grodu.
Pomimo niezbędnego w żegludze pragmatyzmu ludzie morza każdej niemal epoki słynęli z nad wyraz wybujałej wyobraźni. Wszak syreny, trytony, krakeny-giganty czy zagadkowe, świetliste kręgi obserwowane ponoć przez samego Kolumba nie wzięły się znikąd. A może przynajmniej w części elektryzujących opowieści tkwi choćby ziarno prawdy? Przekazy o podobnej wymowie nie ominęły również wód Bałtyku. Ponoć, gdy żegluje się Pianą z Wołogoszczy w kierunku wyspy Uznam, o dwie mile, obok wzmiankowanej wyżej wioski Damerow, widywano na dnie morza osobliwie formacje jakby poddanych obróbce kamieni, a nawet bezwładnie poprzewracane kolumny. Zdarzały się relacje, w myśl których dostrzegano wręcz zarysy ulic pochłoniętego przez morze grodu. Mało tego! Przy względnie spokojnym stanie wód na dnie można było ponoć dostrzec nie tylko budynki zatopionego miasta, ale też przemierzające jego ulice postacie odziane w powłóczyste szaty. Znane były też relacje o złotych wozach czy jeźdźcach dosiadających strojnie udekorowanych rumaków. W wieczornej ciszy słychać było niekiedy srebrne dzwony, z których Wineta słynęła (jeden z nich – prawdopodobnie pochodzący z wraku szwedzkiego okrętu – wyłowiono z nurtów rzeki Świny u schyłku XIX wieku). Z kolei przy zwiastującym sztorm wietrze ponoć i dziś rozbrzmiewają lamenty mieszkańców Winety, użalających się na swój los. Piewcy lokalnego folkloru widać na tym nie poprzestali, bo znane są również dalece wyolbrzymione przekazy np. o aż trzystu okrętach, które mogły jednorazowo pomieścić się w legendarnym porcie. Podobno też w każdy Wielki Piątek (według jednej z tradycji właśnie w tym dniu miała zatonąć Wineta) bałtycki gród ukazuje się w całej swej okazałości przy dźwięku bijących na trwogę dzwonów.
Autor klasycznej monografii poświęconej temuż zagadnieniu (Legenda Winety. Studium historyczne, Kraków 1950), Ryszard Kiersnowski przychylał się do poglądu, że ów przekaz stanowi w dużej mierze trawestację biblijnej tradycji o zagładzie Sodomy i Gomory. Motyw kary bożej wyłania się również z niejednoznacznej tradycji zawartej u przywoływanego już Galla Anonima. Opływający w luksusy mieszkańcy Winety popadli w zwyrodnienie, zakosztowując ponoć w ludzkim mięsie. Praktykowano też ofiary z młodych brańców ku czci posiadającego tu swoje miejsce kultowe Trygława, co tym bardziej rozsierdziło Boga chrześcijan. Tragiczny los Winety miał się dopełnić w ciągu zaledwie jednej nocy. Spienione nurty Bałtyku pochłonęły zarówno ów słynący z przepychu gród, jak i jego zbarbaryzowanych mieszkańców. Analogii z powyższym opisem nie trzeba daleko szukać, bowiem dostarcza nam jej biblijna Księga Rodzaju w postaci tradycji o zniszczeniu zdegenerowanych miast Sodomy i Gomory (Rdz 19, 23–25), tudzież kananejskiego Jerycha. Motyw niewątpliwie nośny i formalnie atrakcyjny, a przy tym idealnie wpisujący się w moralizatorską manierę średniowiecznych kronikarzy. Ponoć z głębiny powstałej na miejscu zatopionego miasta gotlandzcy żeglarze wydobyli mnóstwo cennych kruszców, które wzbogaciły ich wyspiarską stolicę Visby. Stąd właśnie pochodzić miały spiżowe bramy zdobiące świątynie Gotlandii, a także liczne srebrne dzwony. Na tym jednak nie koniec korzyści, jakie wynieśli z tej katastrofy cwani wyspiarze. Bowiem korzystając z próżni powstałej po zatonięciu Jumne, przejęli oni kontrolę nad intratnymi szlakami handlowymi, a tym samym ich siedziba stała się bałtyckim centrum wymiany towarowej. Jak trwały okazał się ów układ, wskazuje okoliczność, że pieczęć hanzeatyckiego związku miast przechowywano do połowy XIV wieku nie w Bremie czy Lubece, a właśnie w Visbe
Nieco mniej „dydaktycznie”, a zarazem jakby bardziej prawdopodobnie brzmi przekaz, w myśl którego wśród zróżnicowanych etnicznie mieszkańców Winety doszło do sporu o prymat w mieście. Chętnych rzecz jasna nie brakło i stąd też zwaśnione strony rychło przeszły od słów do czynów. Krwawym walkom towarzyszyły najazdy Szwedów i Duńczyków wzywanych na pomoc przez skonfliktowanych obywateli bogatego portu. Mamieni wizją łupów najeźdźcy wykazali się aż za dobrze, kładąc kres dziejom Winety. Splądrowany gród popadł w zapomnienie, a ogrom zgromadzonych tam bogactw znalazł nowych właścicieli. Ponoć miało to mieć miejsce w czasach panowania Karola Wielkiego (już jako cesarza, tj. między rokiem 800 a 814). Przekaz Adama z Bremy dotyczy jednak czasów o co najmniej dwieście lat późniejszych, bo jako zdobywcę portowego grodu wymienia on norweskiego władcę Magnusa I Dobrego (co miało mieć miejsce w roku 1043). Może zatem kronikarze aż nazbyt pofolgowali wyobraźni bądź też na miejscu wcześniejszej Winety powstała kolejna/kolejne – w tym także ta z wieku XI? Póki co podobne przypuszczenia pozostają w sferze czysto hipotetycznej.
Bez względu na to, czy przekazy o Winecie przynajmniej w części są prawdziwe, zapewne trudno o bardziej idealną „kandydatkę” do miana bałtyckiej Atlantydy. Pomimo rozbieżności w przekazach o jej zatopieniu bądź też złupieniu przez łasych na zgromadzone tam dobra najeźdźców, Wineta pod jednym przynajmniej względem zdaje się nic nie tracić na swej żywotności: bardzo często pojawia się w nazwach pensjonatów, zajazdów i barów na Pomorzu Zachodnim i we wschodniej Meklemburgii. Do dziś we wzmiankowanej wyżej miejscowości Barth z powodzeniem prosperuje lokalne muzeum Winety. Widać zatem jej legenda – choć w dalece strywializowanej formule – wciąż ma się całkiem nieźle i nic nie wskazuje na to, by miejscowy folklor wyzbył się tak intratnej dla lokalnej turystyki tradycji.

Obrazek

Żródło: tekst - wikipedia + Przemysław Mazur
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 04 kwie 2012, 07:33 
Srebrny Rycerz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 01 wrz 2010, 06:15
Posty: 1156
Lokalizacja: Hanysowo
Kvenland - bałtycka Atlantyda

Wody wielu mórz kryją podobno zaginione lądy. Na dnie Atlantyku spoczywać mają ruiny Atlantydy, Ocean Indyjski pochłonął niegdyś Lemurię, a Ocean Spokojny - kontynent Mu. Morze Bałtyckie też ma swój ląd zaginiony. To Kvenland.

Kvenland nie ma tak starej metryki jak Atlantyda czy Lemuria. Nie może być inaczej, bo sam Bałtyk jest młodym morzem. Najstarsze pisemne wzmianki o tej zaginionej krainie liczą niewiele ponad 11 stuleci. Kiedy jednak królestwo Kvenlandu powstało, a kiedy uległo zagładzie? I w którym rejonie Bałtyku właściwie leżało? Nowe, owiane tajemnicą odkrycie i towarzysząca mu hipoteza mogą wyjaśnić wszystkie te zagadki.

Na początku sierpnia 2011 roku szwedzki badacz Peter Lindberg z organizacji Team Ocean Explorer przedstawił w mediach obraz niezwykłej struktury na dnie Bałtyku. Choć jest to komputerowy zapis skanowania dna morskiego Zatoki Botnickiej, to forma, jaką na nim widać, wywołała sprzeczne reakcje.

Geolodzy wciąż głowili się, co też na bałtyckim dnie widać. W tym czasie grupa ufologów uznała, że tajemnicza struktura jest pozaziemskim obiektem, że to UFO, które uległo awarii i opadło na morskie dno. Argumentem na rzecz takiej hipotezy miał być niezwykły kształt tej konstrukcji, przypominający "Sokoła Tysiąclecia", czyli statek kosmiczny z filmu Gwiezdne Wojny. Odkrywca domniemanego statku kosmitów, Peter Lindberg, oświadczył publicznie, że wątpi, by obiekt był wrakiem UFO. Szwed przyznał jednak, że nie ma pewności, czy to jakaś widowiskowa, lecz jak najbardziej naturalna formacja, czy może jednak sztuczna struktura.

Głośne ufologiczne spekulacje przesłoniły interesującą hipotezę, którą kilka tygodni po upublicznieniu omawianego skanu bałtyckiego dna zaprezentował w serwisie internetowym Esoterica Brytyjczyk Chris Cunnyngham. Badacz ten twierdzi, że domniemany "Sokół Tysiąclecia" to nie UFO, lecz ruiny pradawnych budowli będących być może rówieśnikami Stonehenge. To ruiny zatopionego królestwa Kvenland, Atlantydy Bałtyku. Tę zaginioną krainę opisują sagi, wspominają też o niej kroniki. Cunnyngham zapewnia, że teraz nareszcie odkryto Kvenland. Tym bardziej, że struktura znajduje się tam, gdzie mogła leżeć zatopiona kraina - w dzisiejszej Zatoce Botnickiej, na bałtyckim dnie pomiędzy Szwecją a Finlandią. - Kvenland jest zaginioną krainą, owianą jeszcze większą legendą niż Atlantyda - wyjaśnia Chris Cunnyngham. - Na jej temat powstają wciąż nowe książki, filmy dokumentalne i fabularne. Mało kto poświęca zaś uwagę królestwu Kvenland.

Co wiadomo na temat tej domniemanej Atlantydy Bałtyku? Początki legendy Kvenlandu toną w mrokach historii. Pierwsze wzmianki pochodzą z 890 r. i są zawarte w staroangielskiej kronice. W tamtym czasie norweski wiking Othar odwiedził Anglię i spotkał się z Alfredem, królem Wessex. Włości Alfreda były często niepokojone przez piratów z północy, dlatego też władca ten, jak na swoje czasy inteligentny i bardzo wykształcony, chciał lepiej poznać kulturę ludu, z którym przyszło mu staczać boje. Alfred, nie bez powodu zwany Wielkim, ugościł Othara, a przygody opowiadane wieczorami przez wikinga kazał spisać. W tych właśnie zapiskach pada nazwa Kvenland.

Nie jest jednak jasne, czy Othar z tego zaginionego królestwa pochodził, czy tylko o nim opowiadał. Jak twierdzi Cunnyngham, powołując się na źródła historyczne, Othar urodził się przypuszczalnie w rejonie Zatoki Botnickiej, a więc tam, gdzie zespół Lindberga z Team Ocean Explorer odkrył tajemniczą strukturę.- Nie ma pewności, czy Othar żył w czasach, gdy królestwo Kvenland jeszcze istniało - stwierdza Cunnyngham. - Możliwe, że ta kraina była legendarna już wtedy, gdy wiking opowiadał o niej Alfredowi Wielkiemu.

Niestety, w kronice Alfreda zaginionemu królestwu poświęcono zaledwie dwa zdania. O Kvenlandzie wspomina też kilka nordyckich sag, jednak zostały one spisane kilkaset lat później. Wszystkie źródła konsekwentnie stwierdzają, że Kvenland to kraina, której już nie ma, że to zaginione królestwo. Jednym z takich źródeł jest Saga o Egilu, napisana w latach 1220-1240. Dzieło to wymienia jednego z władców Kvenlandu, Faravida, który miał panować w zamierzchłych, mitycznych czasach. Inne sagi wspominają jeszcze wcześniejszego króla Kvenlandu, Fornjta, nazywanego starożytnym gigantem.

Nauka zainteresowała się Kvenlandem w XVII w. i od tamtego czasu większość historyków umiejscawiała tę krainę w pobliżu Zatoki Botnickiej, jednak dokładna lokalizacja i zasięg terytorialny tego zaginionego królestwa pozostają niejasne. Opisy z kroniki Alfreda i nordyckich sag prezentują Kvenland jako bardzo długi i bardzo wąski pas ziemi, ograniczony na wschodzie dzikimi górami zamieszkałymi przez lud Sami, czyli Finów. Te szczegóły nie pomagają jednak w precyzyjnej lokalizacji zaginionej krainy. Mogą odnosić się zarówno do Norwegii, Szwecji, jak i Finlandii, a nawet północno-zachodniej Rosji. Te niejasności są według historyków skutkiem błędów popełnianych przez pokolenia kopistów, przepisujących skandynawskie księgi w ciągu ponad tysiąclecia. Za każdym razem jednak, gdy w sagach pojawia się wzmianka o Kvenlandzie, wspominana jest też Zatoka Botnicka. Na tym właśnie Chris Cunnyngham opiera swoją hipotezę.

Królestwo Kvenland znikło z powierzchni ziemi. Sagi jednak nie mówią, jak do tego doszło. Czy była to wyspa, czy półwysep i czy krainę tę faktycznie zalały morskie fale? Wciąż brak pewności, że tysiąc lat temu doszło do tak wielkich zmian w poziomie wód Bałtyku, by twierdze, wsie i pola Kvenlandu znalazły się na dnie morza.

Legenda Kvenlandu może mieć jednak dużo starsze korzenie, a odkryta przez Lindberga struktura to ruiny kamiennych konstrukcji z czasów budowy Stonehenge. 5-6 tysięcy lat temu poziom wód w Bałtyku ulegał jeszcze wahaniom, miały też miejsce ruchy dna. Nasze morze należy do najmłodszych na świecie i powstało niewiele ponad 8 tysięcy lat temu. Co szwedzcy badacze odkryli na dnie Zatoki Botnickiej? Czy rzeczywiście są to ruiny Kvenlandu, Atlantydy Bałtyku? Jedno jest pewne. Tylko podwodna ekspedycja archeologiczna może wyjaśnić tę zagadkę.

Żródło: http://www.4wymiar.pl
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 04 kwie 2012, 07:51 
Srebrny Rycerz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 01 wrz 2010, 06:15
Posty: 1156
Lokalizacja: Hanysowo
Atlantyda

Atlantyda – mityczna kraina, która miała być miejscem istnienia rozwiniętej cywilizacji zniszczonej przez serię trzęsień ziemi i zatopionej przez wody morskie.

Wszelkie informacje i hipotezy znajdziecie na stronie: http://andriu37.w.interia.pl/

Polecam też wersję filmową:

<iframe width="480" height="360" src="http://www.youtube.com/embed/AUWnaA7QgSA?rel=0" frameborder="0" allowfullscreen></iframe>

<iframe width="480" height="360" src="http://www.youtube.com/embed/NyYwA8IuE7c?rel=0" frameborder="0" allowfullscreen></iframe>
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 07 cze 2012, 13:12 
Srebrny Rycerz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 01 wrz 2010, 06:15
Posty: 1156
Lokalizacja: Hanysowo
Pueblo - Kultura Anasazi

Anasazi w języku nawaho znaczy "starożytni wrogowie" – nazwa kultury archeologicznej, rozwijającej się w okresie od I w. p.n.e. do końca XIII wieku n.e. na obszarach Wielkiej Kotliny Amerykańskiej w Ameryce Północnej.

Pochodzenie:
Pochodzenie indian Anasazi nie jest pewne. Kryterium wydzielenia kultury Anasazi było stopniowe przejście z gospodarki zbieracko-łowieckiej do kopieniactwa.

Obszar:
Ludność kultury Anasazi żyła na styku dzisiejszych stanów Arizona, Nowy Meksyk, Utah i Kolorado. Należy jednak zaznaczyć, iż zasięg kulturowy wyklucza utożsamianie kultury Anasazi z jednym plemieniem czy nawet federacją plemion. Obszar kultury Anasazi graniczył od północy z kulturą Fremont, od południa z kulturami Mogollon i Hohokam. Kultura Anasazi silnie oddziaływała zwłaszcza na kultury Fremont i Mogollon.

Chronologia:
Kultura Anasazi dzieli się na 5 faz. Dzieje ludności kultury Anasazi podzielić można na dwa okresy chronologiczne: Wyplataczy koszy (100 r. p.n.e. - 700 r. n.e.) i okres Pueblo (700 r. n.e. - 1300 r. n.e.). Dodatkowo możemy wydzielić w pierwszym okresie dwie fazy a w drugim trzy fazy. Znaczny wzrost demograficzny, powodujący problemy z zaopatrzeniem w żywność, połączony z okresem tzw. Wielkiej Suszy (1276 r. n.e. - 1299 r. n.e.) prawdopodobnie spowodował przejście ludności w okolice północno-wschodniej Arizony oraz doliny rzeki Rio Grande, co archeolodzy uważają za koniec kultury Anasazi. Wśród badaczy trwają spory dotyczące organizacji społeczno-politycznej w rejonach zamieszkiwanych przez ludność kultury Anasazi. Zdecydowana większość naukowców porównuje ją do współczesnych Indian Pueblo, jako kontynuatorów spuścizny materialnej i duchowej ludności kultury Anasazi. Obecnie mianem Indian Pueblo określa się heterogeniczną grupę plemion zróżnicowanych językowo, ale podobnych pod względem obyczajów, u których występuje matrylinearność i rozwinięta sztuka.

Kultura:
Bardzo charakterystyczną formą domostwa były tzw. puebla (Park Narodowy Mesa Verde). Były to domy prostokątne wznoszone z kamieni i suszonej na słońcu cegły adobe, z charakterystycznym belkowaniem dachu. Ceramika Anasazi była jedną z najwcześniejszych na terenach kultur Południowego Zachodu, charakteryzowała się polerowaną powierzchnią o brązowym kolorze. Dużą popularnością cieszyły się formy naczyń wyplatanych z włókien roślinnych.

Osadnictwo:
Znane są różne osiedla kultury Anasazi. W pierwszym okresie osady miały charakter obronny, często zakładano osiedla na zboczach pagórków i ściętych wzgórzach zwanych mesami (od hiszpańskiego słowa mesa znaczy stół). Typowe osiedla składały się z kilkunastu (10-35) zagłębionych w ziemie, owalnych domostw o średnicy od 3 do 6 metrów. Ściany wznoszono z belek i uszczelniano mułem lub błotem, w podłożu wykopywano jamy zasobowe. W fazie schyłkowej (Wyplataczy koszy II) wioski powiększyły się, domostwa przybrały formę ziemianek zagłębionych w ziemię (od 0,30 m do 1,80 m). Dachy, wsparte na czterech palach, budowano z drewna i obkładano gliną. Ściany domostw pokrywano gipsową zaprawą lub płytkami kamiennymi.
W okresie Pueblo dominowały charakterystyczne prostokątne budynki z suszonej cegły. W fazach schyłkowych (1100 r. n.e. – 1300 r. n.e.) powstawały tzw. osiedla klifowe, lokalizowane w niszach skalnych.

Obrządki:
Zmarłych grzebano wewnątrz jam zasobowych w domostwach lub w najbliższym sąsiedztwie. Wśród wyposażenia grobów były wyplatane kosze oraz części odzieży z włókien roślinnych i skóry.

Ciekawostki:
Kultura Anasazi a właściwie ich osiedla klifowe posłużyły rysownikowi komiksów o Thorgalu Grzegorzowi Rosińskiemu do odwzorowania stolicy Indian Xinjinsów walczących z wojowniczym plemieniem Chaamów.

Obrazek

Żródło: wikipedia
Na górę
  Wyświetl profil  
 
 Tytuł:
Post: 11 cze 2012, 05:36 
Srebrny Rycerz
Awatar użytkownika
Offline
Reputacja: 0
Rejestracja: 01 wrz 2010, 06:15
Posty: 1156
Lokalizacja: Hanysowo
Olmekowie

Jednym z najstarszych i najbardziej tajemniczych ludów Ameryki byli Olmekowie. Pozostałości po ich cywilizacji skrywają niewyjaśnione do dziś zagadki.

Najwięcej tajemnic kryła ziemia w pobliżu Santiago Tuxtla (Meksyk). Tutaj odnaleziono m.in. szary, trzymetrowej wysokości głaz, wyrzeźbiony w kształcie płaskonosej głowy, o wydatnych, grubych wargach. Głowa przykryta była czymś, co przypominało… hełm. Rzeźba ważyła 30 ton i powstała przed początkiem naszej ery. „Rysy twarzy” tej rzeźby były wyraźnie negroidalne. Trudno było to pogodzić z faktem, że pierwsi Murzyni zjawili się w Nowym Świecie wraz z Hiszpanami w XVI wieku. Archeolodzy wydobyli z ziemi w Tuxtla więcej niezwykłych znalezisk. Wśród nich były dziecięce zabawki wyposażone w kółka! Okazało się, że przedmioty te należały do prastarej kultury Olmeków zamieszkujących kraj Oloman („miejsce, gdzie wydobywa się gumę”).

Według podań, był to lud mędrców, uczonych i artystów. Od Olmeków miała pochodzić cała wiedza, jaką odziedziczyły później inne ludy Mezoameryki. Skąd wzięli się Olmekowie, nie wiadomo. Pozostaje to zagadką. Wśród ruin olmeckich miast archeolodzy odnaleźli m.in. magnes z wypolerowanego kawałka hematytu. Oznacza to, że Olmekowie znali zjawisko magnetyzmu. Nie wiemy jednak, jak praktycznie go wykorzystywano i czy w ogóle go wykorzystywano. Uwagę badaczy zwróciły też płaskorzeźby pozostawione przez Olmeków. Jedną z nich jest wykuta w bazaltowym bloku płaskorzeźba „Piechura”, czyli maszerującego mężczyzny z… brodą. Skąd u południowoamerykańskich Indian zarost? Zagadką jest też czterometrowa stela odnaleziona w La Venta przedstawiająca dwóch mężczyzn, z których jeden ma na nogach buty z podwiniętymi w charakterystyczny sposób noskami, a drugi mężczyzna ma orli nos i długą, falującą brodę. Nad nimi unosi się jeszcze trzecia postać w… hełmie. Interpretacji tego, co przedstawia stela, jest wiele. Buty z noskami nosiły ludy znad Morza Śródziemnego (m.in. Etruskowie, Fenicjanie, Kartagińczycy). Ci ostatni mogli też reprezentować „kaukaski typ urody”. Co więc przedstawia stela? Namiętne spory wśród badaczy trwają.

W ostatnich latach m.in. z udziałem polskiego antropologa Andrzeja Wiercińskiego, przeanalizowano tysiące czaszek praprzodków mieszkańców Meksyku. Okazało się, że wśród czaszek pochodzenia mongoidalnego, znaleziono również wiele czaszek o cechach negroidalnych oraz charakterystycznych dla ludów rasy białej zamieszkującej kilka tysięcy lat temu południową część Półwyspu Iberyjskiego i północno-zachodnie wybrzeża Afryki. Znaleziono też kilka czaszek należących do przedstawicieli rasy żółtej z południowych Chin. Cała ta sprawa wymaga jeszcze wielu badań. Należy być ostrożnym w formułowaniu hipotez dotyczących pochodzenia Olmeków, gdyż dowodów na ich poparcie mamy bardzo mało, a te które są, łatwo jest podważyć.

Obrazek

Źródło: A. Kapłanek "Śladami pierzastego węża"
Na górę
  Wyświetl profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 7 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz.


Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do: